Chudy Wawrzyniec 2015 droga do piekła

“(…) Podchodząc na Wielką Rycerzową krok za krokiem, powoli i z wielkim trudem, niczym Syzyf toczący ogromny kamień na szczyt góry, rozwiałem ostatecznie wątpliwości, w która stronę dalej pobiec (…)

Trzeci raz z rzędu postanowiłem wystartować w Chudym Wawrzyńcu. Dla tych, którzy nie wiedzą, jest to bieg górski na dystansie mniej więcej 53 km lub 84 km – którą trasą pobiegniesz, decydujesz na 42 km. Zawody odbywają się tydzień po Wawrzyńcowych Hudach w Beskidzie Żywieckim.

W tym roku miałem w planie w końcu zmierzyć się z długą trasą i przebiec 80+ km. Trenowałem zdecydowanie więcej jak przed rokiem. W lipcu zrobiłem rekordowy wynik jeśli chodzi o kilometraż treningowy, do tego kilka treningów w górach, ćwiczenia uzupełniające i mała korekta wagi ciała. Forma była do tego, żeby z powodzeniem walczyć na długiej trasie. Niestety panujące obecnie upały i wysoka temperatura mocno pokrzyżowały moje plany. Patrząc na wyniki z tego roku, widać jak wiele osób zrobiło tak jak ja. 573 osoby wybrały krótką trasę, a 165 śmiałków pobiegło długą. Nie wiem, czy w takich warunkach przebiegnięcie długiej trasy jest aktem heroizmu czy trochę głupoty. Przecież pamiętajmy, że zdrowie jest najważniejsze i nie można ryzykować – są pewne granice. Na koniec zawodów organizator poinformował, że wszyscy przeżyli i tylko 10 zawodników wymagało podłączenia do kroplówki i nawodnienia – jak na taką pogodę to faktycznie dobry wynik

Owce na Przełęczy Przegibek

Druga edycja Chudego Wawrzyńca, a mój pierwszy start odbył się w warunkach z goła odmiennych, jesiennych. Niska temperatura, całodzienny deszcz na przemian z mżawką, pełno błota na trasie – to było to, co jednak lubię najbardziej. Wolę się babrać w błocie niż smażyć niczym jajko na rozgrzanej do czerwoności patelni. Wtedy mój wynik na mecie wyniósł: 08:36:02 – relacja

Rok temu było już inaczej, cieplej. Nie padało, było sporo słońca i ciepło – w okolicach 27 stopni. Mój czas: 8:43:14 – relacja

W tym roku panujące upały i brak deszczu spowodował, że zawody odbywały się w piekielnych warunkach. Do godziny 10.00 biegło się całkiem przyjemnie, lecz z każdą chwilą robiło się coraz gorzej, zwłaszcza na odsłoniętych odcinkach drogi. Całe szczęście większość trasy przebiegała lasem, gdzie cień i osłona drzew ratowała nas przed palącymi promieniami słońca.

Ale od początku… Do Ujsoł przyjechałem w piątek rano z moją rodzinką. Przed przyjazdem do ośrodka wypoczynkowego Ujsoły, gdzie co rok mamy zakwaterowanie, musieliśmy zaliczyć obowiązkowy punkt wycieczki – czyli Gospodę u Wandzi i Jędrusia w Milówce. Nie mogłem przecież wystartować w zawodach bez wcześniejszego pożywienia się plackami ziemniaczanymi z boczkiem.

Po odbiór pakietu startowego wybrałem się w piątek po południu. A tam, w pakiecie miła niespodzianka – rok temu zawodnik dostał dwie husty inov-8, a w tym roku były opaski kompresyjne inov-8 z logiem “Chudego”. Bardzo fajna niespodzianka, brawa dla organizatorów. To rekompensuje dość wysokie wpisowe, choć moim zdaniem jest ono na odpowiednim poziomie. W zamian otrzymujemy doskonale zorganizowane zawody z bogatym zapleczem, uginającymi się stołami pod ciężarem pyszności w punktach odżywiania i obsługę foto najlepszego fotografa sportowego – Piotrka Dymusa.

Plan na start był prosty. Zobaczyć jak będzie do Wielkiej Raczy z czasem i samopoczuciem, i podjąć decyzję co dalej. Jednak podświadomie, ze względu na upały, nastawiałem się na krótką trasę z założeniem że jesienią “obiję” sobie na Łęmkowyna Ultra Trial. Na zawody zabrałem ze sobą sporo wody w bukłaku, plus dwie butelki z izotonikiem. Tego czego najbardziej się obawiałem to właśnie odwodnienia i tego, że zabraknie mi wody. Na kilka dni przed startem zacząłem suplementację elektrolitami ALE HydroSalt. Myślę, że to była dobra decyzja i dzięki temu zawody ukończyłem w miarę dobrej kondycji. Pierwsze podejścia na Rachowiec i Kikułę przebiegły w miarę komfortowo i szybko. Na podejściu na Wielką Racze kończyła mi się już woda w bukłaku i zgodnie z planem, żeby nie tracić czasu w sklepiku w schronisku, poszedłem do toalety wraz z innymi biegaczami, uzupełnić wodę z kranu – nie ma to jak czysta źródlana kranówka z posmakiem starych rur

Z Wielkiej Raczy wyruszyłem po kilku minutach i już wtedy zaczynało się robić gorąco. W myślach podtrzymywałem decyzję, że biegnę krótką trasę. Do punktu odżywiania na Przełęczy Przegibek przybiegłem z czasem 5:33 (rok temu 5::52). 20 minut przewagi nad czasem z zeszłego roku, pokazywało, że pomimo trudnych warunków forma jest i trening zrobił swoje. Gdzieś po cichu liczyłem, że na krótkiej trasie uda mi się solidnie poprawić wynik sprzed trzech lat. Na Przegibku uzupełniłem płyny i zjadłem kilka grejpfrutów, które były jedną z pyszności oferowanych na stole. Uwierzcie mi, że jeszcze nigdy mi tak nie smakowały grejpfruty Posilony, ale jednak zmęczony ruszyłem dalej. Przede mną Wielka Rycerzowa i ostateczna decyzja – krótka czy długa. W czasie wspinaczki zaczęły się pojawiać pierwsze problemy. Ból w okolicach kolana i biodra w trakcie pokonywania krótkich odcinków w dół. Podchodząc na Wielką Rycerzową krok za krokiem, powoli i z wielkim trudem, niczym Syzyf toczący ogromny kamień na szczyt góry, rozwiałem ostatecznie wątpliwości, w która stronę dalej pobiec. Na rozejściu tras pojawiłem się z czasem 6h43 (co z czasem z zeszłego roku pokazywało, że idzie całkiem dobrze 6:58) i dalej miałem kilkanaście minut przewagi. Teraz zostało niecałe 11-12 km do mety. Jedna górka do pokonania i w dół do mety.

Wydawało się to takie proste. Niestety podczas zbiegania, biodro zaczęło mi doskwierać. Nie mogłem biec szybko w dół, ponieważ czułem dyskomfort. Do tego trochę dałem ciała z butami. Dwie poprzednie edycje biegłem w Cascadiach, w tym roku założyłem Inov-8 Mudclaw, które w błotnistym i trudnym terenie sprawdzają się doskonale, ale tutaj, kiedy na zbiegach było mnóstwo kamieni, czułem każdy kawałeczek. Każdy fragment kamienia wrzynał mi się w stopy. Co ciekawe nie mam żadnego odcisku na nagach i zostały mi wszystkie paznokcie, co rok temu nie było takie oczywiste. Na deser wykończył mnie ostatni podbieg na Muńcuł. Straszna górka, której podbieg miał kilka kilometrów. Pamiętałem go z poprzednich biegów, ale jakoś w tym roku dłużył mi się masakrycznie. Tempo siadło, a ja nie byłem w stanie się wspinać. Czas leciał i z każdą chwilą traciłem przewagę i myśl o zrobieniu życiówki. W końcu osiągnąłem szczyt Muńcoła i zaczął się bolesny zbieg w dół. Niestety nie mogłem się rozpędzić. Dopiero na płaskim odcinku drogi mogłem przyśpieszyć. Dobiegłem do Ujsoł i mostkiem wbiegłem na metę z czasem: 8h39:31 Lepiej jak rok temu, ale gorzej jak w pierwszym moim starcie.

Było ciężko, momentami bardzo, nawet bolało, ale radość na mecie wielka. I już myślę o następnych zawodach

Podczas tegorocznego startu wypiłem 5 litów płynów i zjadłem 6 żeli i kilka batonów. Czas odmierzał Garmin Fenix 3, którego recenzję przeczytacie już za kilka dni.

Dzięki wam mam motywacje do pisania. Na trasie spotkałem kilka osób, które czytały moje wcześniejsze relacje i powiedziały, ze miedzy innymi dzięki tym relacjom, zapragnęły pobiec w tych zawodach – bardzo fajnie, miło i przyjemnie. Dzięki, ze jesteście i czytacie moje wypociny

Na koniec podziękowania dla organizatorów za wykonanie kolejny raz wspaniałej roboty. Nie byłem do tej pory na lepiej zorganizowanych zawodach. Robicie fenomenalną pracę. Dzięki dla Pokojowego Patrolu za wspomaganie nas na trasie i pomoc na punktach odżywiania. Gratulację dla wszystkich uczestników tego niełatwego biegu, dla tych którzy pobiegli krótką i dla tych, którzy pobiegli długą trasę. A także dla tych, którzy zrezygnowali w trakcie biegu czy nie zmieścili się w limicie czasowym.

Być może do zobaczenia za rok – w końcu muszę spotkać się z Oszustem…

Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Bieganie