Poznań Maraton 2015 – kawał dobrej roboty – relacja

Zacznijmy od najważniejszego: 18 minut i 5 sekund, o tyle poprawiłem swój rekord życiowy w maratonie! Jak do tego doszło przeczytacie poniżej

Upragniony medal i życiówka !

Celem na ten sezon było złamanie bariery 3 godzin i 30 minut.

Przygotowania

Tak naprawdę rozpoczęły się zaraz po wiosennym  Orlen Maratonie, gdzie dałem ciała, próbując atakować 3:30, nie będąc do tego do końca przygotowanym. Co prawda poprawiłem życiówkę i nabiegałem 03:45:35, ale był to wynik daleki od moich oczekiwań. Po Orlenie wdrożyłem plan naprawczy polegający na redukcji masy i tkanki tłuszczowej oraz na zwiększeniu ilości ćwiczeń ogólnorozwojowych. Zacząłem bardziej zdrowo i regularnie się odżywiać. Ograniczyłem ilość czerwonego mięsa i zdecydowanie bardziej uważnie patrzyłem na to co jest na talerzu. Oczywiście z wielu względów zdarzały się słabsze dni i jadałem niezdrowo, jednak w jakiś sposób wyrobiłem w sobie nawyk lepszego odżywania. Było mi o tyle łatwiej, że moja kochana małżonka od pół roku jest wegetarianką, a facet w kuchni wiadomo nie lubi sobie za często gotować. Gdybym jeszcze tylko się “nie psuł w weekendy” to już w ogóle byłoby idealnie. Z perspektywy czasu zrzuciłem 3-4 kg, co na pewno przeniosło się na bieganie. W tym zakresie mam jeszcze sporo do zrobienia, żeby zrzucić zbędny brzuszek, ale wszystko po kolei. Może na przyszły sezon będzie jeszcze mniej w pasie To co jest moją piętą ahillesa to ćwiczenia. Nie cierpię ćwiczyć. Jest to cholernie ważne, jak chcesz wejść na wyższy poziom treningowy, ale ja po prostu nie chcę poświęcać na to czasu – cały czas walczę ze sobą w tym temacie. Jakieś ćwiczenia cały czas były, więc to pewnie także miało znaczenie w kontekście jesiennego startu i mojej dyspozycji.

Od czerwca dorzuciłem piąty trening w tygodniu, żeby zwiększyć kilometraż. Wiadomo, że swoje na treningach trzeba wybiegać, żeby myśleć o dobrych wynikach. Od czerwca do września przebiegłem prawie 1 000 km.

Na początku września przyszedł pierwszy sprawdzian pod tytułem BMW Półmaraton Praski. Miałem w planie przebiec łącznie 30 km, wplatając w to zawody w tempie treningowym. Z rożnych względów; zdrowotnych, dyspozycji dnia i ogólnego samopoczucia, start był bardzo nieudany, a ja zamiast robić progres, cofałem się. Postanowiłem całkowicie zmienić koncepcję treningową. Na miesiąc przed kluczowym startem w sezonie to było dość ryzykowne, jednak jak widać, opłacało się.

Przede wszystkim zacząłem biegać szybciej na treningach. Wcześniej biegałem OWB1 po 5:30, a teraz przeszedłem na treningi w drugim zakresie i tak praktycznie przez cały miesiąc. To co wcześniej stanowiło fragment mojego treningu teraz stało się elementem podstawowym. Nie powiem, treningi były momentami wymagające, ale bez dwóch zdań przyniosło to efekt

Biegnij Warszawo 2015

To, że idę dobrą drogą zobaczyłem na tydzień przed maratonem, podczas Biegnij Warszawo (relacja będzie niedługo). 1,5 minuty – o tyle poprawiłem, życiówkę na 10 km (00:43:55). To był bardzo dobry bieg i wtedy poczułem, że w Poznaniu musi być dobrze. Jeśli nie przytrafi się żadne przeziębienie, jak to miało miejsce rok temu (w 2014 nie pobiegłem żadnego maratonu: wiosną antybiotyki, a jesienią przeziębienie), to wiedziałem, że będzie życiówka – było tylko pytanie jaka.

Zawody 

Poznań to moje miasto rodzinne, w którym bardzo lubię startować. Dwa lata temu biegło mi się w Poznaniu fantastcznie, głównie ze względu na kibiców. Byłem ciekaw czy tak jest co roku. Do Poznania przyjechaliśmy dzień wcześniej. Odebrałem pakiet startowy, w którym była miedzy innymi tabliczka czekolady i dwa orzeźwiające piwa, które nie wytrzymały do dnia następnego. Zwiedziłem EXPO i zrobiłem sobie wspólne zdjęcie z Bartkiem i Leszkiem. Bartek dwa lata temu biegł w Poznaniu w ramach Wyzwania Runners World, Leszek w tym roku, a ja miałem biec rok temu, jednak choroba wykluczyła mnie ze startu. Za to zdjęcie pamiątkowe jest Trzy edycje Wyzwania RW i Blogacze

Od lewej: Bartek 2013, Marcin 2014 i Leszek 2015

Przed startem

Miałem wielką zagwozdkę jak się ubrać. Temperatura o poranku jeden stopień poniżej zera i prognoza 9 stopni w południe sugerowała, że może być dość zimno Na dół założyłem krótkie spodenki i skarpety Compresssport, w których startuję tylko w dłuższych zawodach (skarpety mają już 3 lata i celowo nie biegam treningów z kompresją). Na nogi założyłem rewelacyjne buty Under Armour Speedform Fortis. Było to dość ryzykowne, ponieważ buty mam od niecałego mieisąca i nie są jeszcze do końca rozbiegane, jednak biega mi się w nich fantastycznie. Jedną życiówkę mają już na swoim koncie, był czas na następną. Po maratonie muszę napisać, że pierwszy raz zawody ukończyłem ze wszystkimi paznokciami i bez ani jednego bąbla! Na górę także trochę zaryzykowałem, zakładając bluzę termoaktywną Brubeck i na to drużynową, czerwoną koszulkę Drużyny Szpiku. Zastanawiałem się czy nie będzie mi za gorąco, zwłaszcza, kiedy widziałem ludzi na starcie w krótkich koszulkach – było ok

Zestaw maratończyka

Po 30 minutowej rozgrzewce byłem gotowy do startu. Plan był prosty – biec delikatnie poniżej 5:00 i zobaczyć, co się będzie działo dalej. Tak, żeby w końcu osiągnąć upragnione 3:30 i przejść na wyższy poziom maratońskiego biegania. Ustawiłem się pomiędzy balonikami na 3:15 a 3:30. Celowo, żeby nie biec w grupie na 3:30 jak to zrobiłem na Orlenie (duży ścisk przez połowę dystansu i rwane tempo).

Start

Punktualnie o 9.00 prawie 7 000 maratończyków ruszyło ulicami Poznania. Po pierwszym kilometrze zrzuciłem z siebie worek foliowy, który miał mnie ogrzewać w oczekiwaniu na start i efektownym rzutem wrzuciłem go prawie do kosza. Tak jak Orlen biegłem bez słuchawek, tak tym razem postanowiłem biec z muzyką. Myślę, że to było dość istotne, ponieważ pozwalało odciąć się psychicznie od otoczenia i kolejnych kilometrów w późniejszym etapie biegu. Pierwsze 5 km pokonałem w tempie 4:56, kolejna 5 km w 4:55. Biegło się bardzo dobrze, tętno było na bardzo dobrym poziomie. Po 10 km wziąłem pierwszy żel Squeezy. Mijałem kolejne kilometry. Następne 5 km w 4:58. Na 15 km uświadomiłem sobie, że nie zapoznałem się dokładnie z trasą biegu i do końca nie wiedziałem, co będzie dalej “za zakrętem”. Wiedziałem z profilu trasy, że będzie spory podbieg na końcówce, jednak nie analizując trasy nie wiedziałem jak spory on będzie. A przecież Poznań znam doskonale. Mój błąd, za który na szczęście nie zapłaciłem zbyt wysokiej ceny. Odcinek między 15 km a 20 km przebiegłem w 4:55. W połowie dystansu miałem już zapas do 3:30, czułem się dobrze i co ważne, tętno było cały czas komfortowe. Wziąłem drugi żel. Niestety trasa w Poznaniu nie jest płaska, więc momentami było ciężko. W okolicach Malty zaczął się fajny zbieg, a ja wiedząc, że już połowa za mną postanowiłem trochę przyspieszyć. Bałem się, że mogę za to zapłacić na koniec, ale co tam. Biegło się naprawę  przyjemnie. Do tego kibice, fantastyczni kibice w Poznaniu. Praktycznie cała trasa, dzieci, młodzi, babcie, dziadki, wszyscy aktywnie kibicowali. Coś fenomenalnego – w Poznaniu są najlepsi kibice w Polsce. Nie startowałem jeszcze za granicą, ale własnie tak wyobrażam sobie duże, renomowane, zagraniczne biegi.

Odcinek między 20 a 25 km pokonałem w 4:42! Moja przewaga rosła z każdym kilometrem. Już wiedziałem, że tylko katastrofa może mnie pozbawić upragnionego wyniku, a dodatkowo zapas czasu rósł z każdą chwilą. Co ważne cały czas biegłem w strefie tętna nie przekraczając 160 uderzeń na minutę. Moja kalkulacja w głowie, a uwierzcie mi, że ciężko się liczy biegnąc maraton, wskazywała, że biegnę na 3:28-3:29. Na 30 km wziąłem, trzeci, przedostatni żel. Wbiegliśmy w okolice Parku Sołackiego. Generalnie zacząłem już odczuwać trudy biegu. Tętno było ok, ale organizm już dawał sygnały, że na dziś wystarczy. Jednak wąski odcinek w parku i tłum kibiców i świadomość, że do mety zostało tak mało, dał mi dodatkowego kopa. Postanowiłem trzymać się określonych zawodników i trzymać tempo. W uszach cały czas grała muzyka. Ja od czasu do czasu klepałem się mocno po głowie, żeby jeszcze bardziej się zmobilizować i nie zawalić biegu.  Kolejne km cały czas poniżej 5:00. Momentami było nawet 4:45, 4:47. Ogień!

W końcu przestało być przyjemnie: 34 i 35 km to był jeden długi podbieg ulicą Niestachowską, Świętego Wawrzyńca i Bułgarską. Było ciężko, ale trzymałem tempo w okolicach 5:00, więc straty nie było. Na końcu św. Wawrzyńca kibice ustawili ścianę (chyba była ze styropianu) – pozwoliłem sobie ją dosłownie pokonać Świetny pomysł!

Poznań Maraton 2015

35 km, zjadam ostatni żel i wbiegamy na stadion Lecha Poznań. Dla mnie, kibica piłkarskiego, który obecnie przeżywa ciężkie chwile, ze względu na dyspozycje mojego klubu, było to spore przeżycie. Przebiec murawą, gdzie na co dzień grają obecni jeszcze Mistrzowie Polski. Był to także dość refleksyjny i gorzki moment ze względu na miejsce w tabeli, które zajmuje obecnie drużyna z Poznania.

Do mety zostały TRZY kilometry. Skręcamy w ostatnią prostą – ulica Grunwaldzka. Myślę sobie, ile mam zapasu i jak jeszcze pocisnę, to może będzie nawet kosmiczne 3:26. Już chcę, resztkami sił się rozpędzać, a tutaj po skręcie w lewo dosłowne w mordę wind! Dosłownie zderzyłem się ze ścianą wiatru. Kurdę, i skończyło się bieganie.

39 km – 5:00 min/km

40 km – 5:03 min/km

41 km  – 5:20 !! min/km

42 km – 5:02 min/km

Finisz – 4:24 min/km

Ostatnie kilometry to była masakra i walka, żeby się nie zatrzymać. Świadomość wykonanej pracy, setek kilometrów na treningu i bliskości mety to było za mało. Na punkcie z wodą na 40 km zatrzymałem się dosłownie na 5 sekund żeby wziąć na spokojnie kilka łyków wody.

Na koniec widząc już obiekt targów, przyśpieszyłem i z wielką radością wpadłem na metę. Czas na zegarku 03:27:30 !!! Ogień – średnie tempo biegu 4:56 min/km. Po minięciu mety padłem na kilkadziesiąt sekund na ziemi. Wolontariusz z troską zapytał czy wszystko ok – “Tak, wszystko ok, jest dobrze, leżę tylko sobie i odpoczywam, i jestem szczęśliwy choć tego nie widać”

Kiedy się pozbierałem, odebrałem medal, napiłem się, zjadłem banana i radośnie pojechałem do domu, do mamy, na pyszny obiad. A na obiad były tłuste żeberka z ziemniaczkami i fasolka. Niestety miałem tak skurczony żołądek, że nie byłem w stanie zjeść za wiele.

Organizacja

Nie ma się do czego przyczepić. Poznań Marathon jest bardzo dobrze zorganizowany. Jak napisałem, tak wyobrażam sobie zagraniczne biegi. Expo, pakiet, start, punkty odżywiania i wolontariusze, którzy się dwoili i troili, żeby wszystko było sprawnie wydane. Stoły z wodą i izotonikiem z lewej, z prawej, wolontariusze na środku – bomba! Ciekawa trasa, zabezpieczenie medyczne, raz jeszcze kibice na trasie, punkty z muzyką na żywo. To wszystko sprawa, że Poznań jest wyjątkowym miejscem. Jeszcze nie wiem, gdzie pobiegnę na wiosnę, ale całkiem możliwe, że na jesień wrócę trzeci raz do Poznania. Dla tej atmosfery. Wielkie gratulację!!!

Co dalej?

Wykorzystując ciężkie treningi i okres przygotowawczy, wykorzystam to i chyba 11 listopada zmierzę się z barierą 43 minut podczas Biegu Niepodległości. Potem roztrenowanie i odpoczynek i zaczynamy budować bazę na wiosnę. Teraz jest apetyt na pokonanie 3:20

Dotrwał ktoś do końca?

Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Bieganie