Przebiegłem PZU 9. Półmaraton Warszawski 🙂 Endorfiny jeszcze trzymają, kiedy siedzę i piszę ten tekst tak zadowolony z tego co się wydarzyło w ostatnią niedzielę. Poranek i kilkanaście stopni na plusie. W zeszłym roku o tej porze było raptem kilka stopni powyżej zera i na poboczach leżał śnieg, a wolontariusze serwowali lód w kubkach na punktach odżywiania.

W tym roku pogoda do biegania i kibicowania była piękna, chodź trzeba przyznać, że czasami było za gorąco. To chyba pierwszy tak ciepły biegowy weekend w tym roku, więc nasz organizm nie jest jeszcze przyzwyczajony do takich temperatur.

Przed biegiem miałem konkretny cel wynikowy. Miało to być poniżej 1:40. Tak jak fizycznie czułem, że jestem w stanie to zrobić, tak psychika nie wiedziała tego, że mogę biec przez  21 km w tempie 4:45 min/km. Ostatnie treningi BNP i interwały wskazywały, że potencjał jest. Nie pozostało nic innego, jak udowodnić to na trasie.

Około 9.00 zjawiłem się na miejscu startu, miałem sporo czasu na spokojną rozgrzewkę. Na dwadzieścia minut przed startem ustawiłem się w swojej strefie startu. Ustawiłem się jeden o jeden rząd przed zającem na 1:40. Taki był cel, żeby on był cały czas za mną. Usłyszałem jednak, że ten zając będzie biegł przez cały dystans w tym samym tempie. Od początku do końca, a to było niezgodne z moimi założeniami, gdzie jednak początek chciałem pobiec na spokojnie i dopiero na trasie przyśpieszać. Tak więc pogodziłem się z faktem, że szybko balonik na 1:40 się ode mnie oddali.

Start punktualnie o 10.00. Przeszło 12 tysięcy biegaczy ruszyło ulicami Warszawy. Ze względu na duża ilość biegaczy start odbywał się falami. Z mojego punktu widzenia (a właściwie to z punktu mojego startu) start odbył się bardzo płynnie i bez przeszkód. Od razu napiszę, że organizacja biegu stała na bardzo dobrym poziomie. Nie miałem jeszcze przyjemności startować zagranicą, ale myślę, że mogę śmiało napisać, że jest to poziom europejski i naprawdę mamy bardzo dobrze zorganizowany bieg. Punkty kibicowania, masa kibiców, kapele muzyczne – świetna sprawa. W Poznaniu na maratonie muzycy dawali czadu i muszę przyznać, że tutaj czad był podobny.
Świetnie spisali się również wolontariusze na trasie zarówno w punktach odżywiania, gdzie nie było żadnego problemu z wodą, jak i w kontekście zabezpieczenia trasy. Ciekaw jestem, czy zawodnicy biegnący na czasy w okolicy 2 godzin podzielają moje zdanie o bardzo dobrej pracy na punktach odżywania.

Najbardziej jednak podobał mi się ostatni kilometr już na błoniach Stadionu Narodowego i tabliczki, bodajże co 200 m, informujące ile zostało do mety. Brawa dla pomysłodawcy. Zwłaszcza ta utkwi mi na długo w pamięci:

fot.:Fundacja “Maraton Warszawski”

Słowem duże brawa dla organizatorów za dobrze wykonaną robotę. Nie ma się czego przyczepić. Tak trzymać !!

Wracając do mojego startu. Pierwsze kilka kilometrów to była próba utrzymania się w tłumie, nieszarżowanie z tempem i patrzenie jak oddala się balonik na 1:40. Kiedy tętno się ustabilizowało mogłem biec swoje i tak biegłem sobie do przodu średnio 4:45-4:40. Na pierwszym punkcie odżywiania wciągnąłemżelik Isostara i gnałem dalej. W pewnym momencie zobaczyłem przed sobą Hanie, która biegła treningowo. Podłączyłem się na kilka kilometrów, gdyż tempo mi odpowiadało, a i miałem pewność, że nie pójdę za bardzo do przodu. Cały czas miałem na myśli to co będzie mnie czekać na Agrykoli, więc trzeba było oszczędzać siły. Biegłem dalej do przodu. Tempo było wysokie, ale biegło się komfortowo. Na wysokości Wybrzeża Kościuszkowskiego i długiej prostej zobaczyłem ponownie balonik na 1:40. To znaczyło, że jestem na dobrej drodze, że po Agrykoli przyspieszę i dogonię zająca 🙂 15 km to Łazienki Królewskie i zbliżający się wielki podbieg na ul. Agrykola – i udało się 🙂 Tempo tego kilometra spadło raptem do 5:15, a tętno tylko minimalnie wzrosło. Słowem dałem radę i tak naprawdę bardzo lekko wbiegłem na górę. (ćwiczenie podbiegów i bieganie po schodach jednak się przydało). Na “górze” kilkaset metrów zajęło mi pozbieranie się po tym podbiegu i powrót do rytmu biegu. Od 18 km włączyłem turbo (każdy ma takie turbo jakie sobie wytrenuje) i kolejne kilometry pokonałem w 4:33, 4:35, 4:40 i ostatni w 4:26. Kiedy ma 18 km zobaczyłem Stadion wiedziałem, że jestem w domu. Balonik na 1:40 gdzieś tam w oddali było widać, ale wg zegarka szedłem na 1:40. Na błoniach stadionu już biegłem na tętnie maksymalnym i chyba dałem z siebie wszystko. Te cztery zakręty przed metą nie były łatwe. Ale za to tabliczki, które informowały ile jeszcze do mety dawały znać, jak mocno można cisnąć.

Przed metą wiedziałem czas brutto: 1:42… tyk, tyk, tyk, wpadam na metę i zatrzymuję Garmina. Patrzę a tam 01:40:09 – jest nowa życiówka, ale zarazem zabrakło 10 sekund do realizacji założonego planu złamania 1:40. 10 sekund to nic, to kilka łyków wody za dużo w punkcie odżywiania, to branie zakrętów bardziej od zewnętrznej, to naprawdę nic. Co najważniejsze: nie przeszkadza mi to i nie przejmuje się tym. To tylko 10 sekund, czyli prawie nic na takim dystansie. Jest dobrze, forma rośnie i chyba za dwa tygodnie pęknie kolejna bariera, czyli 03:40 podczas Orlen Maraton

Co jeszcze ważne: start ten dal mi dużego kopa jeśli chodzi o pewność siebie. Czuję się zwycięzcą, ponieważ uświadomiłem sobie, że mogę przebiec taki dystans w średnim tempie 4:45 min/km. To jest to czego nie mogłem sobie wyobrazić. Poprawiłem życiówkę z Tarczyna przeszło o 3,5 minuty. Jest czad i super sprawa.

W zawodach pobiegłem w butach Nike Flyknit Lunar 2, które spisały się bardzo dobrze. Teraz mogę napisać, że jest to godny następca jedynek. To będzie moja startówka na ten rok. Po Orlenie przeczytacie ich recenzję na blogu. Niestety po zawodach muszę zainwestować w nowe krótkie spodenki, ponieważ krótkie czarne Nike po dwóch latach stwierdziły, że muszą się rozedrzeć. Dzielnie mi służyły przez wieleset km.

Po tym biegu naszła mnie refleksja, że czas najwyższy żeby zacząć biegać samemu. Od zawsze biegam z moim kompanem, którego pieszczotliwie nazywam “śmietnik”. Ten mój towarzysz biegowych ścieżek to kilka kilo zbędnej wagi. Jaki byłby czas na mecie, gdybym biegł sam? Myślę, że nawet kilka minut lepiej. Więc w imię życiówek, “śmietniku” kochany, musimy się rozstać!

Na koniec dnia po bardzo dobrym biegu,  pojechaliśmy jeszcze rowerami z rodzinką na duży plac zabaw 🙂 To była udana niedziela 🙂

Na zakończenie raz jeszcze MEGA WIELKIE gratulacje dla Krasusa, który pobiegł 1:23:10 – niesamowity wynik !
Gratuluje wszystkim uczestnikom 9. Półmaratonu Warszawskiego. Dzięki nam, zawodnikom i dzięki kibicom mieliśmy w ostatnią niedziele prawdziwe święto