Dla takich widoków warto przejechać 400 km i wstać wcześnie rano. Górskie chatki przykryte białym puchem o świcie w promieniach wschodzącego słońca to jest to.

Nie mogło mnie zabraknąć na 3 edycji Chudego Wawrzyńca. W zeszłym roku powiedziałem sobie, że wrócę tutaj lepiej przygotowany i powalczę o lepszy wynik bogatszy o doświadczenia. Takie było podsumowanie relacji z zeszłego roku. Przeczytajcie co z tego wyszło:

W trakcie biegu powiedziałem sobie, że to ostatni raz kiedy katuję się po górach. Dzisiaj już czekam na kolejna edycję i przyszły rok 🙂 Wynik sportowy w takim biegu to zasadniczo sprawa drugorzędna. Najważniejszy jest kontakt z przyrodą, podziwianie piękna Beskidu Żywieckiego, walka ze samym sobą i swoimi słabościami. Jednak nachodzi mnie refleksja – jeśli coś robisz to rób to porządnie lub nie rób wcale.

Organizacja
Żeby stanąć na starcie zawodów najpierw trzeba było się na nie zapisać. Ogólny boom na biegi górskie i fakt, że Chudy Wawrzyniec dorobił się takiej renomy spowodował, że organizatorzy postanowili zastąpić standardowe zapisy losowaniem. W ten sposób ominięty został szał i akcja typu: kto pierwszy ten lepszy. Losowanie to dobre rozwiązanie (gdybym nie został wylosowany pewnie pisałbym inaczej) znane z popularnych biegów na świecie.

Ogarnięcie takich zawodów to nie lada wyczyn. Zwiększony limit startujących do 700 osób rodziło znaki zapytania czy to oby nie za dużo jak na szlaki górskie Beskidu. Ja tego nie odczułem.

W pakiecie startowym poza numerem, mapą, batonem i żelem była miła niespodzianka: w biurze zawodów zawodnicy dostali po dwie chusty wielofunkcyjne Inov-8. Bardzo były przydane na trasie 🙂 Fajnie

Na punkcie żywieniowym straciłem jakieś półtorej minuty na samo zastanawianie się co zjeść. Można było dostać oczopląsu od mnogości wyboru. Pomarańcze, banany, ciastka, orzechy, kultowe i pyszne drożdżówki z jagodami, bułki, nie wiem co jeszcze… Na mecie czekało zimne piwo w kilku rodzajach, drożdżówki i posiłek regeneracyjny w wersji mięsnej i vege.

Pokojowy Patrol wspierający zawodników w punktach i na trasie – niedoceniona pomoc wolontariuszy – dzięki Wam za wsparcie i za magiczny płyn mocy w schronisku (izotonik)

Oznakowanie trasy było jak co roku odpowiednie. Na trasie krótkiej nie dało się zgubić. Charakterystyczne taśmy Inov-8 były widoczne z daleka. Nie wypowiadam się na temat oznakowania w dalszej części trasy długiej (gdzie oznakowanie zastępują słupki graniczne) ponieważ nie biegłem.

Wielkie brawa dla organizatorów, Krzyśka, Magdy, Tomka, Adama, Kuby i nie wiem kogo jeszcze. Wykonujecie świetną robotę. Mam nadzieje, że nie zabraknie Wam zapału i kolejna edycja będzie na równie świetnym poziomie.

Jedna rzecz Wam tylko nie wyszła i daliście z tym ciała. Źle zamówiona pogoda. Miało być tak jak rok i dwa lata temu, a była jakże inna. Słońce, brak wiatru i wysoka temperatura nie pozwalała na szybkie napieranie po górach. Kiedy ja kończyłem było 27 stopni… jednak miało to swój plus.. można było na mecie wziąć kąpiel w górskiej rzeczce

O przygotowaniach
W tym roku muszę przyznać, że zaniedbałem trochę okres przygotowawczy. Zabrakło kilku dłuższych wybiegań i przede wszystkim ćwiczeń ogólnorozwojowych, co jest moja bolączką od dłuższego czasu. Ale to jest temat na inny post. Bieg ten uświadomił mi, że czas w końcu to zmienić i ruszyć dupę nie tylko na trening biegowy, ale także do ćwiczeń ogólnych. Plan na bieg był prosty. Urwać przeszło 40 minut stracone w schronisku na Wielkiej Raczy z zeszłego roku.

Bieg górski

Start tradycyjnie odbył się z Rajczy. Wystartowaliśmy parę minut po godzinie 4 (to przez pociąg). Pierwsze 6 km to bieg po asfalcie i rozciągniecie stawki. Przy okazji zawodnik może się rozgrzać i złapać swój rytm. Po 7 km ruszyliśmy w górę. Pomimo braku deszczu było na trasie trochę błota i pojawił się pierwszy znak ostrzegawczy na zbiegu z Rachowca w postaci zjazdu w dól na dupie – zaliczyłem glebę, jak się potem okazało jedyną.  To było o tyle ciekawe, że rok temu gleba była dopiero na koniec biegu już na mocno zmęczonych nogach.

Do schroniska na Wielkiej Raczy dotarłem w dobrej formie. Temperatura dawała się  już we znaki i słoneczko ładnie prażyło. Wcześniej planowałem w ogóle nie zatrzymywać się w schronisku (mając na uwadze sporą stratę z zeszłego roku). Ostrożnie gospodarowałem wodą w trakcie biegu. Jednak wysoka temperatura i pragnienie mogło spowodować, że zabraknie mi płynów do pierwszego punktu odżywania na Przełęczy Przegibek. Dlatego zrobiłem kilkuminutową przerwę na uzupełninie wody z kranu. Z zapasem kilkunastu minut ruszyłem dalej.

I tradycyjnie już, pod górę mozolne wspinanie, krok po kroku, oddech po oddechu. „Kijkarze” mijali mnie jeden za drugim. A na zbiegach ogień i jazda na dół, łykając kijkarzy po kolei, jeden za drugim.

Potem na kolejnym podejściu doganiali mnie z powrotem. W sumie to nie wiem, kto ma lepiej – czy ten kto biegnie z kijkami czy bez. Ja póki co nie jestem zwolennikiem kijków – musiałbym się nauczyć z nimi biegać. Dodatkowo trzeba bardzo uważać na innych uczestników biegu, żeby nie włożyć komuś kijka w oko lub podłożyć pod nogę. Miałem kilka chwil zagrożenia w trakcie wymijania biegaczy z kijkami.

Górski strumyk to było błogosławieństwo, można było zmoczyć czapkę, chustę, przemyć nogi i ruszyć dalej. Kiedy dobiegałem na przełęcz Przegibek i miałem za sobą wspinaczkę na Jaworzyne wiedziałem już że wynik to sprawa drugorzędna. Biegło się słabo, pojawiły się problemy żołądkowe. Stwierdziłem w myślach , że pier***** wynik i że trzeba się rozkoszować pięknem gór i z takim nastawieniem biegłem drugą połowę trasy. Pier***** wynik – liczy się to co mnie otacza, piękno gór, wspaniali ludzie i zwierzęta także.

W punkcie żywieniowym zjadłem pomarańcze, banana, drożdżówkę, uzupełniłem wodę i izotonik, i ruszyłem w drogę. Coś mi się zaczęło chrzanić w głowie i myślałem, że jestem szybciej na Przegibku niż rok temu. To chyba było już zmęczenie.

Na Wielkiej Rycerzowej skręciłem w lewo, wybierając krótszą trasę zgodnie z założeniem. Ja już byłem prawie w domu. Inni ultrasi, którzy polecieli w prawo, wybierając długą trasę 80+, byli tak naprawdę dopiero na początku zabawy. Podziwiam ich…

Zbiegi w dół – uwielbiam to. To jest najlepsze w biegach górskich, rozkładasz ręce i lecisz w dół. Niestety w tym roku zabrakło jednak mi sił w nogach i zbieg z Muńcoła wyszedł mi bardzo słabo. Kilkukrotnie było blisko upadku na kamieniach, czy zwichnięcia kostki, więc wolałem nie ryzykować. Pozdrowienia dla biegacza (na oko 50–60 lat), który biegł kawałek trasy obok mnie a na zbiegu z Muńcoła włączył turbo i poleciał w dół jak rakieta. Jak mu tego zazdrościłem…

Mój wynik na mecie to 8:43:14 czyli o kilka minut gorzej jak rok temu (08:36:02)

Dlaczego poszło gorzej?
Raz to pogoda – było za gorąco. O wiele lepiej biegło mi się rok temu w deszczu. Czytając opinie innych teza, że deszcz lepszy od słońca wydaje się to potwierdzać.

Dwa to sama trasa.
Po rozmowie z organizatorem, Krzysztofem dostałem info, że trasa była niecały kilometr dłuższa. Rok temu Suunto Ambit zmierzył 52,28 km a w roku Garmin Fenix2 zmierzył 54,48 km. Jeden kilometr to pewnie rzeczywista różnica, a drugi to rozjazd Fenixa w stosunku do Suunto (recenzje Fenixa 2 przeczytacie już niedługo – generalnie zegarek dał radę)

Trzy
To jednak temat mojego przygotowania, ale jak pisałem to temat na inny post Na refleksje przyjdzie jeszcze czas.

O Darku
Na trasie spotkałem niesamowitego człowieka, bohatera, Darka Strychalskiego, który biegł z psem ultrasem Eto i Filipem Bojko z napieraj.pl Pewnie większość z Was zna historię Darka. Jeśli nie – odsyłam na jego stronę -> http://www.badwater.pl/

W zeszłym roku także spotkałem Darka kilkukrotnie na trasie. Wtedy nie wiedziałem kim jest. Widziałem gościa, który w charakterystyczny sposób napierał po górach. Wtedy był na mecie przede mną.

Teraz niesamowitą radość sprawiło mi kilkukrotnie spotkanie z Darkiem. Raz on wymijał mnie raz ja jego. Piękne było to jak wielu ludzi gratulowało i pozdrawiało Zwycięzcę na trasie. To było pozytywne i niesamowite. W dwa tygodnie po morderczym ultramaratonie Badwater Darek ponownie pojawia się na trasie. I uwierzcie mi, że pod górę, gdzie inn wchodzili marszem, Darek wbiegał lekko.

Zdjęcie z Darkiem

Podsumowanie
Na trasie krótkiej mieliśmy do dyspozycji tylko jeden punkt odżywiania (nie licząc schroniska na Wielkie Raczy, gdzie można uzupełnić zapasy w sklepiku). Na trasie długiej są dwa punkty. Wielu uczestników mówi, że przydałoby się więcej punktów chociaż z woda. Moim zdaniem taka ilość jest jak najbardziej wystarczająca. Bieg uczy gospodarowania wodą i wyżywieniem. To dobra szkoła dla chcących powalczyć w trudniejszych biegach zagranicznych. Mała ilość punktów odżywiania to jeden z elementów tworzących klimat biegu i mam nadzieje, że organizatorzy pozostaną przy takiej formule.

Każdy kto przebiegł trasę 80+ jest bohaterem i totalnym (w sensie pozytywnym) świrem. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie jeszcze biegu na takim dystansie. Choć jest to wyzwanie na przyszły rok, ale dopiero po spełnieniu kilku warunków. Trzeba pamiętać o tym, że nawet taki ekstremalny bieg ma być dla nas przyjemnością, a nie totalna katorgą.

Wracając ze sklepu do domku z zakupami na grilla, widziałem biegnąca jeszcze dziewczynę – to było gdzieś około 16.00, więc blisko limitu czasowego. Miała czerwoną opaskę więc biegła 50+. Ludzie ją dopingowali, ja także – lecz dziewczyna puściła w nasza stronę taką wiązankę. że odechciało mi się jej kibicować. Bieg górski na takim dystansie to jest coś, to nie spacerek. Nie można biec w góry bez odpowiednich treningów i bez świadomości , że będzie bolało. Ból i długodystanowy bieg górski to synonimy.

Bądźcie przygotowani i do zobaczenia za rok !

PS W mojej ocenie, każdy biegacz z kilkuletnim stażem biegowym obowiązkowo powinien spróbować biegów górskich.

Ścieżka

Tutaj ścieżka z zegarka Garmin Fenix2, którego recenzję przeczytacie już niedługo. Dzięki Garmin Polska za udostępninie sprzętu na testy.